2019.08.10. Dzień 6

Kolejny dzień minął, dzień, co wiele zmienił, bądź co bądź to ostatni pełny dzień obozu, ale zacznijmy snuć opowieść od początku. Po głosie „Pobudka, pobudka wstać!” wszyscy, w ciągu pięciu minut, znaleźli się na zbiórce przed budynkiem. Chyba w końcu wszyscy się pogodzili z tym, że rozgrzewka jest punktem obowiązkowym! Po porannym rytuale, śniadaniu i sprzątaniu w pokojach, wyruszyliśmy na kąpielisko. Wiedząc, że klimat w Polsce ostatnio zmienił się na równikowy (ciepło i codzienne bardzo intensywne deszcze popołudniowe) postanowiliśmy spróbować szczęścia z kąpieliskiem raz jeszcze. Tym razem przed południem. Do celu mieliśmy cztery kilometry, ale bez problemu daliśmy radę. W trasie mieliśmy nawet przerwę przy głazie narzutowym poświęconym powstańcom. Pani Ewa pokazała nam wtedy kilkanaście roślin polnych, łąkowych i przydrożnych, poznawaliśmy ich nazwy i staraliśmy się zapamiętać ich cechy szczególne, które pomagają przy rozpoznawaniu. W trakcie przerwy co sprawniejsi obserwatorzy zdołali dostrzec także pszczołę, która zamiast latać postanowiła chodzić – szło jej to bardzo sprawnie. Ostatecznie została ewakuowana przez pana Sławka na kapeluszu w krzaki.

W końcu po godzinie i jedenastu minutach udało nam się dotrzeć nad jezioro. Chętni do kąpieli ustawili się w dwuszeregu. W wodzie bawiliśmy się piłką, nurkowaliśmy, pływaliśmy, chlapaliśmy, goniliśmy rybki i obserwowaliśmy małego zaskrońca. Reszta, zamiast taplania się w wodzie, wybrała leżing, plażing, smażing, ale zdecydowanie największym powodzeniem cieszyła się budowa „Igor City”. Na brzegu jeziora powstała cała metropolia. Powstawały tunele, osiedla, zamki, wały przeciwpowodziowe, drogi i wiele innych konstrukcji. Zabawa rewelacyjna. Czas płynął nam naprawdę bardzo szybko. Po około czterdziestu minutach wszyscy ponownie ustawiliśmy się w dwuszeregu i dostaliśmy Oreo na ząb w ramach „porannika” (to samo co podwieczorek, ale rano). Niestety, czas szybko płynął, więc o 12:30 ochotnicy w dwuszeregu pomaszerowali do wyczekiwanego od poniedziałku sklepu.

O 13:10 wyruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem już żwawo, gdyż czekał nas obiad o 14:00. Maszerowaliśmy dzielnie z jedną przerwą po drodze na napicie się i wydobycie drzazgi z pięty. Do ośrodka dotarliśmy o 13:59 umyliśmy rączki i pomaszerowaliśmy na obiad.

Po obiedzie nadszedł czas na zajęcia z terenoznawstwa. Najpierw zaznajomiliśmy się z wyglądem mapy, następnie zlokalizowaliśmy Chalin na mapie, spojrzeliśmy na poziomice, zorientowaliśmy mapę względem północy. Gdy z mapą sobie poradziliśmy, wzięliśmy do ręki busole i dowiedzieliśmy się czym są azymuty i do czego służą. Każdy wyznaczył najpierw azymut 90 stopni, a następnie 173. Niestety, azymuty dla niektórych są nadal wiedzą tajemną… Potem poznaliśmy miarę odległości – parokroki (1 parokrok = 2 kroki). Po krótkim kursie terenoznawstwa, zagraliśmy w grę typu INO (Impreza na orientację; INO mi się nie zgub). Podzieliliśmy się na jedenaście ekip i co trzy minuty wyruszaliśmy z mapą w teren. Celem było znalezienie w terenie dziewięciu punktów zaznaczonych na mapie i potwierdzenie swojej obecności poprzez odbicie na karcie startowej specjalnym perforatorem symbolu każdego punktu. Ośmiu ekipom udało się zakończyć zabawę już przed kolacją, trzem kolejnym trzeba było zatrzymać czas na kolację i wznowić zaraz po.

Kolejnym punktem programu był Omnibus w wersji terenowej. Kadra ukryła na terenie rekreacyjnym 55 pytań, które należało znaleźć i udzielić odpowiedzi w jak najkrótszym czasie. Kilka pytań było ukrytych nawet na drabinkach, a jedno jako ostatni punkt regulaminu korzystania z placu zabaw. Światowid miał wąsy z pytaniami.

Zaraz po Omnibusie położyliśmy się spać, zmęczeni całym dniem przebywania na świeżym powietrzu.

Zdjęcia – pojawią się dopiero w drodze powrotnej – wiaderko z Internetem wyschło…